160 Warszawski Zastęp Harcerzy Starszych "TWIERDZA"
Szczep Wiatraczna - Hufiec ZHP Warszawa Praga Południe
 Strona główna  Sprawy bieżące  Plan pracy drużyny  III RnO LILIJKA 160  Regulaminy drużyny  Archiwum wydarzeń  to my właśnie  Księga gości  Strony naszych znajomych  Kontakt

stat4u


Obóz wędrowny

Spływ Czarną Hańczą i wędrówka po północno-wschodniej Polsce
30.06 - 15.07 2001r.

Okiem zastepowego



Czas płynie szybko. Niestety miłe chwile mijają jeszcze szybciej. Tak też było i z naszym obozem. Na żadnym z wcześniejszych obozów 16 dni nie upłynęło tak szybko.

Dzień pierwszy - 30 czerwca 2001 - sobota

Wstaliśmy dość wcześnie. Jak się później okazało - w porównaniu do godzin, o których normalnie się budziliśmy - makabrycznie wcześnie, bo przed 6.00. O 7.05 ruszyliśmy z Warszawy Zachodniej pociągiem do Suwałk. Zaczął się obóz. Jako, że jechało nas dziewięciu, a przedziały były ośmioosobowe, znaleźliśmy się w dwóch sąsiadujących ze sobą przedziałach. Ci, którzy jechali w przedziale wraz ze mną, bynajmniej się nie nudzili - jechała bowiem z nami studentka Karolina. Okresy kiedy milczała nie przekraczały minuty. Dziadek-dowcipas dodatkowo umilał czas. W Suwałkach przesiadka na PKS (z krótką przerwą na zakup kąpielówek dla Tomka) do Starego Folwarku. Na miejscu byliśmy ok. 15.00. Rozbiliśmy się na miejscowym polu namiotowym PTTK, zjedliśmy pierwszą pulpę (makaron z sosem pomidorowym i czymś tam) oraz .... przegraliśmy w siatkówkę plażową i w pływaniu z inną grupą spływową. Późnym wieczorem przyjechał do nas ratownik (dalej: Robert), który już od pierwszych chwil dał się Jaśkowi (dalej: Mistrzowi - te ksywę Jaśko zawdzięcza właśnie Robertowi) we znaki. Dawno nie widziałem naszego "cwaniaka na gumowe dydki" w takim szoku jak wtedy.

Dzień drugi - 01 lipca 2001 - niedziela

Wybór wypożyczalni kajaków (Jan Wojtuszko - Augustów ul. Nadrzeczna 62A) okazał się być trafnym. Prawie nowe, pakowne, szczelne kajaki dotarły w umówione miejsce nawet z 15 minutowym wyprzedzeniem. Szybko zapakowaliśmy się i po chwili "z pewną taka nieśmiałością" wypłynęliśmy na jez. Wigry. Klasztor wigierskiZ Wigier wpłynęliśmy na Czarną Hańczę. Mój kajak (płynąłem razem ze Sznyclem) był czołowym. Za wyprzedzenie nas należała się cola. Dwukrotnie - w postaci sprite'a - otrzymałem ja od Maca. Macu bowiem był tak ambitny przez podczas spływu, że nie mogąc nas wyprzedzić cały czas trzymał się zaraz za moim kajakiem. Kajetan (dalej: Laska) - płynący z nim - praktycznie nie musiał wiosłować. Macu bagatelizował chyba jednak zbytnio kwestię sterowania, co bardzo często przypłacał przymusowym parkowaniem w trzcinach na zakrętach, bądź też - co gorsza - wpadał na moją rufę w momencie gdy starałem się, zwolniwszy, zgrabnie ominąć znajdujące się pod wodą kłody. Ogarniała mnie wściekłość, a resztę zastępu rozbawienie. Jednakże podobno najmniej sterownym kajakiem była załoga Kuba - Mistrzu. Nocowaliśmy za Wysokim Mostem. Niemalże doszczętnie przy cumowaniu zlał nas deszcz.

Dzień trzeci - 02 lipca 2001 - poniedziałek

Dzień był chłodny i deszczowy.Mapka spływu Założyliśmy więc, że pokonamy niedługi odcinek, a resztę dnia spędzimy w namiotach. Tak był plan. W praktyce okazało się jednak, że przebyty fragment trasy był niebywale długi. Do brzegu przybiliśmy dopiero w Dworczyskach. Po zjedzeniu pulpy odbył się stacjonarny bieg harcerski. Dzień dobiegł końca.

Dzień czwarty - 03 lipca 2001 - wtorek

Po śniadaniu wyruszyliśmy dalej w dół Czarnej Hańczy. Po drodze minęliśmy kąpiącą się w rzece kwaterkę obozu hufca Białystok. Tego dnia pożegnaliśmy się też z Czarną Hańczą i wpłynęliśmy do kanału augustowskiego. Większość z nas - po raz pierwszy w życiu - ujrzała na własne oczy śluzę. Rozbiliśmy się zaraz za śluzą w Mikaszówce. Śluza, śluza,śluza

Dzień piąty - 04 lipca 2001 - środa

Część z nas wstała wcześniej by wziąć udział w zaległej mszy świętej. Msza była ekspresowa i trwała 13 minut. Patrząc na mapę równie ekspresowym wydało się mnie i Liroyowi (pwd. Marcin Wiśniewski HR) tempo z jakim podążamy naszym szlakiem. Postanowiliśmy, korzystając z "tych pięknych okoliczności przyrody ... i tego ... niepowtarzalnej" spędzić w Mikaszówce całą środę. Korzystając z okazji rozegraliśmy starszoharcerski bieg sprawnościowy. Michał i Macu okazali się być najlepszymi. Macu wygrał nawet ze mną w wyścigach kajaków. Laska zajął ostatnie miejsce. Mistrzu w nocy rozwiązywał krzyżówki.
Mikaszówka

Dzień szósty - 05 lipca 2001 - czwartek

Fajna była laba, ale i z chęcią znów zaokrętowaliśmy się na nasze kajaki. Przepłynęliśmy przez kolejne śluzy i jeziora i po długim poszukiwaniu pola namiotowego rozbiliśmy się za Płaską. Miejsce okazało się być całkiem sympatycznym. Biwakowaliśmy wspólnie z jakimiś kościelnymi koloniami z Jarosławia. Uczestnicy tych koloni byli jednak co najmniej lekko żulowaci, a sami opiekunowie (chyba dominikanie) dziwaczni. Bliższych kontaktów zatem nie było z kim nawiązywać.
Po chrzcie kajaków

Dzień siódmy - 06 lipca 2001 - piątek

Od rana żar lał się z nieba. Słońce paliło niemożliwie. w końcu ochrzciliśmy nasze kajaki: Aurora, Rewolucja Październikowa, Czerwona Gwiazda, Lenin i Kursk (na kajakach zachowaliśmy oryginalną pisownię). Celem dnia była stanica wodna PTTK znajdująca się na wyspie na jez. Serwy. Tam też - już podczas burzy - zjedliśmy podwójną fasolówę! Gwoździem programu okazała się jednak noc i tokowanie naszych chłopaków. Jak powiedział ratownik "kompasy namierzyły azymut" i chłopaki w środku nocy wypłynęli za dziewczynami na drugi brzeg. Bez powodzenia. Dyscyplina zbytnio się rozluźniła i po raz pierwszy - niestety - zmuszony byłem do ogłoszenia ciszy nocnej.
Sznycel  ściemnia, że wiosłuje

Dzień ósmy - 07 lipca 2001 - sobota

Rano stwierdziliśmy braki w zaopatrzeniu. Śniadanie było skromne. Sytuacje pogarszał fakt, że Laska pożerał niewyobrażalne ilości jedzenia. Zawsze wydawało mi się, że jem dużo, lecz podczas tego wyjazdu zupełnie pozbyłem się tego wrażenia. Po wizycie w najbliższym sklepie spożyliśmy drugie śniadanie. Dalej już czekał na nas siedmiokilometrowy prosty odcinek kanału. Sznycel przestał pozorować wiosłowanie i wziął się do pracy. Na mecie (śluza) byliśmy 4,5 minuty przed kajakiem Maca! Tego dnia noc spędziliśmy niezwykle gościnnie przyjęci na obozie 273 WDHiZ z hufca Warszawa Praga Północ. Komendant tego zgrupowania zrobił na nas fantastycznie miłe wrażenie.
Kuchnia zgrupowania obozów 273 WDHiZ

Dzień dziewiąty - 08 lipca 2001 - niedziela

Niestety spływ dobiegł końca. Jeszcze przed Augustowem, gdzie zdaliśmy kajaki, Sznycel (podczas spływu również: Toudi) zdążył zgubić swój beret. W Augustowie pożegnaliśmy się z Robertem, zjedliśmy posiłek i wyruszyliśmy nad jez. Sajno, gdzie noc spędziliśmy na obozie hufca Sokołów Podlaski. Jedliśmy pulpę. Kajetan z Tomkiem (obozowa ksywa: Księciunio) wykombinowali z kuchni makabryczna ilość makaronu. Wieczorem rozpętała się burza. Po kąpieli w deszczu zakończyliśmy dzień.
Płyniemy

Dzień dziesiąty - 09 lipca 2001 - poniedziałek

Przed południem wróciliśmy do Augustowa. Stamtąd dotarliśmy do Suwałk, skąd po posiłku dojechaliśmy PKSem do Błaskowizny nad jez. Hańcza - najgłębszym w Polsce (do 108,5 m). Byliśmy wygodni i po wynegocjowaniu radykalnej obniżki ceny za nocleg "rozbiliśmy się" w schronisku PTSM w miejscowej szkole. Wieczorem wyszliśmy nad przeciwny brzeg jeziora by spojrzeć na okolicę z wieży widokowej. Wieczorem energia rozpierała chłopaków i nawet Mistrzu nie dał sobie rady z udawaniem spania. Dziać się musiały na naszej sali różne rzeczy, skoro po krótkiej nieobecności nie poznałem swojego łóżka! Sześciokilometrowy bieg w mundurach, przerywany seriami pompek, poprzedzony alarmem ciężkim i 44 przysiadami z plecakiem ostudził werwę i wszyscy nadspodziewanie chętnie ponownie położyli się spać.
Liroy

Dzień jedenasty - 10 lipca 2001 - wtorek

Mimo mżawki ruszyliśmy przed siebie. Mijając niezliczone opuszczone gospodarstwa zmierzaliśmy w kierunku wiaduktów w Stańczykach. Szlak wiódł polami niekiedy niespodziewanie zmieniając kierunek. Po krótkiej ulewie spędzonej na przystanku PKSu w zabitej dechami dziurze dotarliśmy do mostów (najwyższe w Polsce - do 31,5 m). Mistrzu zawiedziony był pogodą - gdyż padało - a to uniemożliwiało skok na bungee, o którym marzył. Jednakże przeszkoda nie do pokonania okazał się brak osoby pełnoletniej, która wzięłaby odpowiedzialność za jego skok. Zgodę wyraziłem, ale odpowiedzialności wziąć na siebie nie mogłem. Mistrzu zaoszczędził 70 zeta. Wieczór spędziliśmy w schronisku w Gołdapii (4 km od granicy z Rosją), racząc się świetnymi pierogami ruskimi i z mięsem, delektując się gorącym prysznicem i kontemplując dzieła Lenina (tu brawa dla Maca za wytrwałość), których z 40 tomów znajdowało się w naszej sali.
Wiadukt w Stańczykach

Dzień dwunasty - 11 lipca 2001 - środa

Przed południem dojechaliśmy do Węgorzewa. Stamtąd pieszo wyruszyliśmy nad jez. Mamry. Tradycyjnie już przeżyliśmy nagłe załamanie pogody i rozbijaliśmy się "na mokro" na polu namiotowym nieopodal Mauerwaldu - bunkrów dowództwa sił lądowych III Rzeszy z okresu II wojny św. Ja spotkałem Basię - dawną współlokatorkę - i dzięki temu spędziliśmy z Liroyem wieczór częściowo na jachcie, którego była kapitanem, a częściowo śpiewając szanty w fantastycznym gronie żeglarzy. Chłopaki spali.
Jacht Baśki

Dzień trzynasty - 12 lipca 2001 - czwartek

Pierwszą atrakcją dnia był Wilczy Szaniec, czyli wojenna kwatera fuhrera. Po jej zwiedzeniu, dzięki uprzejmości szczepu 305 z hufca Żoliborz dotarliśmy do Kętrzyna, skąd po posiłku wyruszyliśmy do Olsztyna. Stamtąd, po zwiedzeniu miasta i wysłuchaniu ściemy księdza z kościoła garnizonowego jakoby proboszcz zabronił mu kogokolwiek nocować, zmuszeni byliśmy wyruszyć dalej - do Starych Jabłonek. Był to dobry ruch. Ze Starych Jabłonek, gdzie 8 lat wcześniej kończyłem kurs drużynowych starszoharcerskich, przemaszerowaliśmy do pobliskiego Kątna, gdzie zatrzymaliśmy się w zgrupowaniu hufca Bytom.
Wilczy Szaniec

Dzień czternasty - 13 lipca 2001 - piątek

Tak jak żech godoł z komendantym wczorej, myśloł żech że się pośpimy do połednia. No eronie kole jedynasty prziszła dziołcha i pedziała, że sam stanie obóz i kajś momy się stracić. Tośmy się stracili. Rozbiliśmy się zarazki po śniadaniu obok 22gich z Cidrów. Fajne dziołchy - cieszyły się że chopaki przijechali. Wykompaliśmy się w jeziorze (Szeląg Wielki), pograliśmy w Baxxxx i Cxxxxx a wieczorem pośpiewaliśmy z 22imi. Przijechała do nas Olka. Jak już było blank ciemno podchodziliśmy się na skarpie.

Dzień piętnasty - 14 lipca 2001 - sobota

Przez Olsztyn dotarliśmy do Nidzicy. Po obiedzie (pomidorowa, schabowy itd.) i szybkim zwiedzeniu zamku dojechaliśmy w okolice poligonu Muszaki. Tam wykąpaliśmy się nad jeziorem i udaliśmy się w na nocleg goszcząc na obozie hufca Olsztyn. Śpiewaliśmy przy ognisku do 1 w nocy, choć niestety wszelkie utwory poza "Nie płacz kiedy odjadę...", "Agnieszka" itp. nie wychodziły chłopakom - mówiąc delikatnie - najlepiej.

Dzień szesnasty - 15 lipca 2001 - niedziela

Dzień powrotu. Zaraz po spakowaniu się okazało się, że podczas ostatniej kolacji zjedliśmy 7,5 bochenków chleba (!!!!) i na śniadanie mamy jedynie pół. Tak więc wyruszyliśmy "na pusto" lecz dzięki genialnemu połączeniu do Nidzicy już po godzinie napchaliśmy się do syta. Do Warszawy wróciliśmy pośpiesznym z Olsztyna. O dziwo udało się nam znaleźć miejsca siedzące w napchanym pijanymi punkami pociągu.

Obóz zakończył się o 17.05 na dworcu Warszawa Centralna

MKK

[ okiem Tomka -->]
[ okiem Mistrza -->]

[główna] [aktualności] [plan pracy] [lilijka 160] [regulaminy] [archiwum] [ludzie] [ksiega gości] [linki] [poczta]